Dziś będzie tekst specjalnie dla mam. 

Długo zastanawiałam się jak zacząć, bo sprawa, o której chcę napisać jest dla mnie ważna. I nie wiedziałam, jak ubrać ją w słowa. 

Jako rodzice chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Więź między rodzicem a dzieckiem jest czymś wyjątkowym. I każda jest wyjątkowa na swój własny sposób. Nie ma jednego “dobrego”, sposobu na rodzicielstwo. Dlatego między innymi tak lubię swoją pracę. Bo za każdym razem, kiedy przyjmuje nowego rodzica w gabinecie poznaję inną historię, inny sposób na “bycie razem”. Cieszę się na te spotkania.

Ale nachodzi mnie też smutna refleksja ile jako rodzice mamy wymagań w stosunku do siebie. Nie lubię polaryzacji i podziału na żeńskie i męskie, ale w tym artykule zdecydowałam się napisać dla mam, bo widzę, że  funkcjonujemy w kulturze, w której bardzo dużo wymaga się od kobiet. Dodam, że widzę cudowną zmianę pokoleniową, w której ojcowie mimo pracy są obecni w życiu dzieci pełną parą. 

Ale ten artykuł wyjątkowo kieruje tylko do mam. 

Od maleńkości kobietom stawiane są kolejne wymagania, a kiedy dorastamy nie potrzebujemy już nad sobą nikogo, kto będzie nas pilnował, bo mamy “kontrolera” w sobie.

Wchodzimy w dorosłe życie, zakładamy własną rodzinę, staramy się jednocześnie funkcjonować w kilku rolach – mamy, partnerki, pracowniczki, przyjaciółki, córki swoich dojrzewających rodziców… Pewnie każda z nas mogłaby sama uzupełnić listę o kilka kolejnych pozycji. 

Nasz mózg nieustannie procesuje kolejne zadania. 

Gdzieś z boku migają nam kolejne propozycje jogi czy medytacji, ale niestety często kalendarz rodzinny nie pozwala na takie rzeczy. A nawet jak na nie trafimy to takie zatrzymanie może być dla nas nienaturalne. Bo przecież z tyłu głowy jest tyle do zrobienia.

Patrząc z boku oczywistym jest, że gdyby nasza przyjaciółka robiła podobnie nie bałybyśmy się powiedzieć “Hej! Zwolnij trochę.”, ale same od siebie wymagamy najwięcej.

Podobnie może być w kontekście wychowywania dzieci. Kochamy je i chcemy, żeby były szczęśliwe. Dlatego zastanawiamy się – Jak dać mojemu dziecku to, co najlepsze? Co mogę jeszcze zrobić? Jak lepiej mu towarzyszyć? 

I dzisiaj chciałabym podzielić się radą, która jest uniwersalna. Zwłaszcza w tym trudnym dla nas czasie, kiedy dom, będący zaciszem zamieniliśmy w gwarne biuro, szkołę i centrum nadzorowania światem. 

Zachęcam do jednego -, żeby zatrzymać się, siąść z kawą czy herbatą i pomyśleć – Jak mi jest dziś? Czy jestem zmęczona? Czy wdzięczna? Czy coś mnie zdziwiło? Przytłoczyło? Jak się czuję w tym wszystkim? 

A potem, nawet jeśli będą uderzać drzwiami i oknami, bo trzeba ugasić kolejny pożar to powiedzieć: “To dla mnie ważne, co mówisz, ale teraz potrzebuję chwili dla siebie. Wrócę za moment”.

I zadać sobie kolejne pytanie – Czego JA potrzebuję w tym momencie? Odpoczynku? Spokoju? Snu? Wyciszenia?

A jak już dowiem się co to jest – to jak mogę to zaspokoić?

Siadając z książką, choćby początkowo to było tylko kilka stron?

Robiąc sobie relaksującą kąpiel?

Nie musimy od razu wdrażać planu w życie. Już samo zatrzymanie się i zwrócenie uwagi na swoje potrzeby to duży pierwszy krok.

10 min to tak niewiele, a tak dużo. Chcąc towarzyszyć dzieciom, mężowi, partnerowi, rodzicom często zapominamy o sobie. 

A to od łagodności dla siebie powinnyśmy zawsze zacząć. 

I mimo, że rękami i nogami bronię się zawsze przed utartymi “narzędziami” i metodami na wychowanie dzieci zapewniam, że to jest przepis na dobre rodzicielstwo. 

Zdjęcie: Sasin Tipchai – pixabay.com